Geiranger

Najpiękniejszy fiord w Norwegii, strome góry, wodospady.. Bla bla, przecież to wszystko mam dosłownie wszędzie w tym państwie! Dlaczego miałabym jechać aż 7 godzin z Bergen autem, żeby zwiedzic malutkie miasteczko i widok, który mam równie piękny, bliżej mojego miasta? Tak więc czekałam 4 lata, od kiedy wprowadziłam się do kraju wikingów, żeby przekonać się na własne oczy, że warto..

Do Bergen przyjechałam pociągiem z Oslo w piątek rano, czas jazdy to ok 7 godzin. Do wyboru jest pociąg poranny, dzienny i nocny, ceny są różne, można trafić na 250 kr a można zapłacić 2000 kr. Warto kupić spor wcześniej 🙂 

Oczywiście nie zdziwiłam się widząc deszcz wychodząc ze Stacji kolejowej w centrum, w tym mieście po prostu zawsze pada. Wyjazd zorganizowany był jak zwykle spontanicznie, nigdy niczego nie planuję! Spakowałam plecak i prosto z pracy powędrowałam do Oslo S, czyli głównego dworca w stolicy. Pogoda tam była piękna, słoneczko świeciło od rana do późnej nocy, w końcu to lipiec i dni są tutaj bardzo długie, ale ja wybrałam wyjazd w deszczowe i pochmurne miejsce, licząc na to, że może zdarzy się cud i przestanie padać. Kto nie ryzykuje, ten nie ma i nie zwiedza! Tak więc śniadanko, kawusia i w drogę! Czas ucieka!

Kciuki musiałam zacistać bardzo mocno przez całą drogę, bo deszcz był z każdą godziną i kilometrem w stronę Aalesund silniejszy… Już traciliśmy nadzieję, że się polepszy i nastawiliśmy się, że namioty będziemy rozstawiać w niekorzystnych warunkach, z nadzieją że chociaż pole namiotowe znajdziemy bez problemu ;D Jak zwykle, zero przygotowania, nie lubię planować niczego na przyszłość, nigdy nie wiem, czy gdzieś po drodze nie znajdę idealnego noclegu i to właśnie w tym miescu będę chciała spędzic nocy.

 

Z Bergen wyjechaliśmy około godziny 10:30, ja i dwóch moich przyjaciół. Droga była szara i smutna, chmury wisiały bardzo nisko nad ziemią, widok nie był tak piękny jak zwykle, więc po ciężkiej podróży z Oslo w niewygodnym siedzeniu, postanowiłam się zdrzemnąć i przynajmniej nie czułam się winna utracie pięknego krajobarazu z pamięci moich wspomnień 😀 . Obudziłam się blisko Stryn, mieściny położonej kilka kilometrów od Loen, mojego ulubionego miejsca na świecie, ale tam zabiorę Was w następnym blogu. 🙂 

Z drogi Fv60 skeciliśmy w prawo na piętnastkę, zostało juz tylko półtorej godziny wzdłóż jeziora Oppstrynsvatn, czyli dokładniej mówiąc, lazurowej wody otoczonej górami, czego chcieć więcej! 😀 Tamtejsze jeziora i rzeki pochodzą z lodowca, kolor zmienia się z jasnobłękitnego po ciemniejszozielony i przez całą długość, nie przestaje zachwycać. Polecam wszystkim taką wycieczkę latem, jeszcze w maju barwa cieczy nie była tak piękna.

 Ostatni odcinek prowadzący do Geiranger to droga przez szczyty gór, która przez większość miesięcy w roku jest zamknięta, warto sprawdzić w internecie, kiedy jest otwarta i dopiero wtedy się wybrać. My nie mięliśmy tego szczęście jadąc w połowie maja, jeszcze w tamtym czasie natrafiliśmy na kilkumetrowe zaspy śniegu! Na szczęście w połowie czerwca wszystko było już przejezdne, choć ten fakt nie oznacza, że piękne.. Ciężkie chmury zasłaniały cały krajobraz 🙁 Bardzo chciałam wjechać na Dalsnibbę, najwyższą górę w Norwegii, na którą można wjechać autem, ( 1500m n.p.m.) ale zapłacić 200 kr za przekroczenie bramki to dość sporo, żeby nie zastać górskiego pejzażu na szczycie. Dodam jeszcze, że w połowie czerwca natknęliśmy się na śnieg i zamarźnięte jeziora, a w sierpniu widok zmienił się diametralnie! Opiszę to w kolejnym blogu! 😀 Ale moim zdaniem końcówka wakacji to najlepszy moment na podróż w to miejsce 🙂

 Jak widzicie, widok nie był wart tutaj straconej godziny i pieniędzy, więc kontynuowaliśmy drogę do Geiranger i chyba pierwszy raz w życiu mięliśmy szczęście! Nadal padało, ale słoneczko przebijało się przez chmury, momentami widzięliśmy niebieskie niebo, także jest nadzieja! W końcu dojechaliśmy do pierwszego punktu widokowego, deszczyk kropił, więc postanowiliśmy zrobić kilka zdjęć i wrócić tutaj drugiego dnia, z nadzieją, że pogoda pozytywnie Nas zaskoczy! 

5 min dalej w kierunku miasteczka zaparkowalismy auto w przepięknym miejscu, camping Vinje. Całość otoczona górami! Łazienki czysciutkie, prysznice osobne, co ma duże znaczenie 😉 Dostęp do kuchni wyposażonej w niezbędne narzędzia. Kolejnym plusem tego urlokliwego miejsca jest spływający wodospad, którego szum zagłuszał wszystko wokół, więc nie było problemem dla nikogo o dobry sen 😉 Cena za noc dla 2 namiotów i samochód to 350 kr, więc bardzo pozytywna. Oczywiście można wynając pokój w domku, ale my lubimy bardziej naturalnie i górsko ;p

Szybko rozbiliśmy namioty i pojechaliśmy do centrum miasteczka, żeby kupić coś do jedzenia i oczywiście zobaczyć słynny hotel Geiranger, w którym nakręcone były sceny z filmu “Fala”! To jeden z najpopularniejszych norweskich filmów katastroficznych, który w pewnym sensie jest napisany, żeby ostrzec ludzi. Podobne zdarzenia miały tam miejsce już kilka razy i oczywiście patrząc na potęgę i siłę natury, wszystko jest możliwe. Warto obejrzeć, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście 😉 

Całe miasteczko jest malusieńkie, jedna restauracja, hotel, sklep spożywczy Joker, w którym po prostu można kupić więcej artykułów, niż zwykle i kilka sklepików z pamiątkami. Urocze miejsce, ale widać, że zwiedzający nie przyjeżdżają oglądać tutaj wioski, a widoki na fiordy 🙂 

Skoro miasteczko było tak malutkie, nie trzeba było tracić sporo czasu na zwiedzanie, po krótkim spacerku wróciliśmy do placu namiotowego, żeby rozmalić grilla i napić się piwka 😉 Po wielu godzinach w aucie, należała się chwila rozwywki 😀 

Deszcz czasem zmoczył nam całe jedzenie i głowy, ale pogoda poprawiała się z godziny na godzinę, więc kładąc się spać już wiedziałam, że kolejny dzień będzie piękny 🙂 

6:00 pobudka! Słońce świeci! <3 

Kolejny dzień rozpoczął się przepięknie! Słoneczko przebijało się przez delikatne chmurki, temperatura podskoczyła już o kilka stopni, cudownie! Nie chciałam tracić czasu na spanie, więc obudziłam wszystkich, szybki prysznic, śniadanko i jedziemy zwiedzać kolejne miejsca 🙂 Zaczęliśmy od punktu widokowego, na krórym również kręcona była scena z filmu “Fala”, duży taras widokowy z widokiem na gigantyczny fiord i zielonkawą wodę znajduje się o kilka kilometrów od miasteczka w górę, zygzag widać już z daleka, więc nie ma problemu z odnalezieniem trasy 😉

Woow! Tego nie da się opisać, tego nie zobaczycie na zdjęciu… Nic nie oddaje prawdziwego widoku, które może tylko dostrzec Wasze oko.. Przekonałam się o tym wielokrotnie, chociaż widzimy udoskonalone o 100% zdjęcia w internecie, to co my widzimy odbiega daleko od fotografii.. Polecam szczerze przyjechać tutaj i przekonać się, dlaczego warto spędzić tutaj kilka chwil 🙂 

No ale ale, wczoraj padało, więc przesunęliśmy zrobienie najpopularniejszego zdjęcie z internetu na dzisiaj! Na szczęscie pogoda jest o wiele lepsza, więc jedziemy szukać skały, która widnieje na pierwszysch stronach w wyszukiwarce “Geiranger images”. Zjechaliśmy z zygzaka i jedziemy szukać drugiego ;D Byliśmy juz tam poprzedniego dnia, więc nie będzie problemu, wystarczy kolejny raz przejechać miasteczko, camping i 5 min dalej znajdziemy parking.. I tak właśnie było 😉 Tylko co dalej, mamy taras, mamy widok, ale ja nie widzę tej skały… 

Szukaliśmy jej juz od ok godziny, deszczyk znowy dawał się we znaki, chłopacy narzekali, że jej nie znajdziemy i lepiej już wrócić do auta… Ehhh… Ja się nie poddam! Nie wiem kiedy będę tutaj kolejnym razem, a zdjęcie muszę mieć!!! 

No i miałam 😉 Od tarasu widokowego trzeba zejść w stronę toalet w prawo w dół, iść w stonę urwiska 😉 Napotkacie “fotel”, na którym fajnie zrobić sobie zdjęcie ;D Ja nie chciałam, ale koledzy jak najbardziej ;D “Królowie świata” 


Tutaj spotkaliśmy kilku namiotowców, którzy zamiast płacić na polu namiotowym, rozbili się na dziko. Czesem też tak robimy, ale po długiej trasie, warto jednak wziać ciepły prysznic i nie martwić się o brak wody. Zapytalismy ich o tą skałę, ale oni też szukali i nie mogli jej znaleźć 🙁 

Na szczęście moi przyjaciele mają bystre oko i chwilę później usłyszałam : “Tu jest” ! No i mam! <3 

Ehh, żeby tak jeszcze nauczyli robić się zdjęcia aparatem, a nie tylko telefonem… Jakość byłaby lepsza… Ale nie będę narzekać! Straciliśmy juz sporo czasu, żebym miała chociaż coś ;D A coś, było naprawdę czymś 🙂


Uff, dzień dopiero się zaczął, a my juz mamy takie widoki odhaczone z naszej listy! Teraz czas na Dalsibbę, o której wspomniałam wcześniej 🙂 Zapraszam na kolejny blog! Opiszę drogę troszkę dokładniej 🙂


Przydatne informacje

  •  W Geiranger znajdują sie dwa duże pola namiotowe, oba piękne, czyste i zadbanę, jednak to od strony Dalsibby jest nowsze i ładniejsze 🙂 Ceny są takie same, wiec bardziej polecam Vinje camping, od tego drugiego- Geiranger camping. 🙂 Jest jeszcze trzecie- Fjelltun, ale tego nie zauważyłam nigdzie z drogi, więc nie mogę nic o nim powiedzieć 🙁
  • Sklep w wiosce jest tylko jeden – Joker. Znajdziecie tutaj wszystko co potrzebne, ale ceny są wyższe niz zwykle, warto zaopatrzyć się w jedzenie i niezbędne przybory wcześniej 🙂 
  • Polecam rozbić namiot tuz przy wodospadzie w Vinje campin, zagłuszy on wszystkie odgłosy biegających i krzyczących dzieci ;p 
  • Cena campingów to ok 250-350 kr za noc, ale za ciepłą wodę płaci się odobno, ok 15 kr za 3 minuty, trzeba pamietać, żeby wykupić rzetony w recepcji, póki jest otwarta 🙂 
  • Przede wszystkim! Nie patrzcie na pogodę! Miało padać cały czas, a jednak mięliśmy szczęście i nie było tak źle 😉 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *